Szczęśliwy nauczyciel, to szczęśliwe dzieci


2Moja historia nauczycielki przedszkola sięga dość odległych czasów. Mając piętnaście lat już się nią stawałam dla swojej o 12 lat młodszej siostry. Codziennie przed szkołą odprowadzałam, a potem przyprowadzałam ją z przedszkola, gdzie ukradkiem podglądałam pracę jej ukochanej Pani w sukience w paseczki :-). Słuchałam piosenek i wierszyków, które przynosiła mała Agnieszka do domu i oglądałam prace plastyczne w różnych technikach. W domu wymyślałam własne projekty zabaw i działalności twórczej dla mojej 3 letniej siostrzyczki. Były teatrzyki, przebierańce, kartoniki z obrazkami, literami i cyframi, samodzielnie wykonane domino obrazkowe, itd…Wszystko obudowane pomysłami zabaw wywołujących uśmiech i radość małego dziecka. Bawiłam się mimo swoich 15 lat, wciąż byłam i czułam się jak dziecko.

Decyzja o wyborze szkoły po ośmiu klasach podstawówki była jednoznaczna i zdecydowana. Podjęłam ją, a rodzice zaakceptowali pragnąc mojego szczęścia. A ja, swoje szczęście i spełnienie widziałam tylko w jednym zawodzie- przedszkolanki (W latach ’80 tylko tak się mówiło o absolwentkach SWP).

To nic, że jako czternastolatka musiałam sama pojechać na egzaminy kwalifikacyjne (z muzyki, plastyki i sprawności fizycznej) do wymarzonej szkoły odległej o 360 km od mojego miejsca zamieszkania.

To nic, że było trudno, bo wraz ze zmianą szkoły zmieniłam także miejsce zamieszkania gdzie małe miasteczko urosło do rozmiarów dużej aglomeracji miejskiej z nowymi wyzwaniami i trudnościami.

To nic, że pierwszy dzień w mojej zawodowej szkole stał się moim pierwszym dniem w wielkim, nieznanym mieście, gdzie musiałam dojeżdżać codziennie komunikacją miejską około 40 km.

To nic, że z przyczyn organizacyjnych i wyczerpania długimi dojazdami musiałam zamienić pięcioletnie Studium Wychowania Przedszkolnego na czteroletnie Liceum Ogólnokształcące + dwuletnie pomaturalne Studium Wychowania Przedszkolnego.

To nic….najważniejszy był dla mnie efekt końcowy. Miałam być Przedszkolanką i stałam się nią dzięki determinacji i sile własnej woli. W 1982 roku zostałam Nauczycielką Przedszkola i przez cała resztę mojego życia zawodowego odkrywałam w sobie dziecko, które uwielbia bawić się ze śmiechem i do utraty tchu.

ZABAWA

Staję przed drzwiami sali i przez chwilę zastanawiam się, jak oddzielić zmęczenie po nieprzespanej nocy od tego, co czeka mnie za drzwiami. Zbieram więc całą swoją siłę i zdecydowanym krokiem wchodzę do przestronnej, kolorowej sali w której panuje gwar zakręconej gromadki. Wraz z przestąpieniem progu zapominam o troskach rodzinnych, które zaburzyły mój nocny odpoczynek i przejmuję „dowództwo” nad niesforną grupą dzieci. Sprawnie korzystamy z łazienki i zjadamy śniadanie.

Robię łyk wody i patrzę na ponad 20 par oczu zastanawiając się, co zrobić, żeby wprowadzić radosny i zabawowy nastrój. W planie zajęć mam kilka ważnych punktów do zrealizowania i nie wyobrażam sobie, bym mogła to zrobić, bez muzyki, tańca, zabawy i śmiechu.

Wciągam na środek dywanu ogromne pudło, z którego wysypuję masę błyszczących, brązowych kasztanów zgromadzonych przez dzieci. Te, turlają się w różnych kierunkach, a podekscytowane maluchy zaczynają biegać po sali łapiąc to, co potoczyło się dalej niż poza dywan. Śmieją się, głośno, wykrzykują i chowają zebrane kasztanki w malutkie dłonie, w których ku mojemu zdziwieniu mieści się ich całkiem sporo. Podchodzę dyskretnie do magnetofonu i włączam muzykę, która jest sygnałem dla dzieci do wyciszenia emocji i skupienia uwagi na mojej osobie.

W spontanicznej zabawie jest czar i magia. Wraz z nią pojawia się radość, fantazja, nauka, ale także zapomnienie i oderwanie od tego, co zatruwa organizm. Dzieci mają niecodzienną zdolność zabawy spontanicznej, gdzie w jednym momencie są w stanie oderwać się od tego, co zakłóca ich codzienny rytm. Płacz można bardzo szybko zamienić w śmiech, a ja jestem po to, by to robić. Jestem nauczycielką przedszkola, pomagam i kreuję najbliższą rzeczywistość dzieci. Chcę, by zapominały o smutkach i w spontanicznej zabawie rozkładały ramiona, jak kwiaty pełne koloru, czarującego zapachu i nieoczekiwanej przemiany, by czerpały z otoczenia wszystko to, czego potrzebują do harmonijnego rozwoju..

Spokojnym tonem polecam dzieciom „wrzucenie” swoich zdobyczy do wielkiego oceanu na środku dywanu, a potem kręcimy się cwałem bocznym w rytm muzyki dookoła tej wspaniałej wysepki. Przerwa w muzyce, to sygnał na pływanie, przewracanie się, wierzganie nogami i rękami. Trzymając pilota magnetofonu wyciszam i podgłaśniam muzykę, by razem z dziećmi szaleńczo rzucać się na podłogę, pływać w słonej i przejrzystej wodzie, na plecach i na brzuchu, rozglądać się czy w pobliżu nie widać rekina, albo innego niebezpieczeństwa i w ogóle jestem jak w transie.

Janusz Korczak i wiele lat praktyki w zawodzie nauczyciela przedszkola nauczyły mnie, że podczas zabawy z dziećmi ważne jest to, co się przy tym myśli i czuje. Można przecież ciekawie i z fantazją bawić się w straż, pociąg, polowanie, w Indian, a bezmyślnie czytać książki. Można także rozumnie bawić się lalką, a głupio i dziecinnie grać w szachy. 

Na ten moment otwierają się drzwi i zauważam, że w sali staje Pani dyrektor, rozgląda się i wyraźnie kogoś szuka. Wiem, że tą osobą mam być ja, więc czuję się jeszcze bardziej rozbawiona. Moja mała, filigranowa osoba gubi się wśród rozchichotanej gromadki. Wynurzam się więc z ciepłej, oceanicznej wody i macham ręką w kierunku stojącej w drzwiach pani Dyrektor wołając:

 -Ratunku! Tonę!

Szybka reakcja dzieci ciągnących mnie za ręce i nogi na kasztanową wyspę nie dały szansy mojemu zwierzchnikowi, który z uśmiechem i mrugnięciem oka w moim kierunku wycofuje się informując rozbawioną gromadkę, żeby nie wchodziły do wody bez opieki dorosłego, który nie potrafi pływać.

– Pani Alu, czy zapisała się Pani na lekcje pływania? Dzieci już w nich uczestniczą, więc może i Pani dołączyłaby do grupy?

Ależ radość w oczach dzieci, które błyskawicznie zauważają swoją przewagę nad dorosłym rozumiejąc jednocześnie, że mogą być w czymś lepsze od niego. To niezła motywacja do stawania się jeszcze lepszym.

Codziennie przekonuję się o tym, jak bardzo dzieci potrzebują dorosłego, który potrafi tak, jak one czuć i przeżywać. Ten nierozerwalny związek dziecka i nauczyciela może się wywiązać tylko wtedy, gdy zmieniam swoje myślenie. Zapominam o tym, że jestem dwa razy większa i że mam doświadczenia dorosłej osoby. Włączam niewidoczny guziczek w mojej głowie i staję się na nowo dzieckiem. Myślę, czuję i przeżywam wszystko tak, jak ono. Moje 5 godzin w sali wypełnionej dziećmi przybierają rozmiary „Alicji w krainie czarów”. Do pracy nigdy nie ubieram się w eleganckie, krępujące ruchy ubrania. Zazwyczaj są to dżinsy i trykotowa bluzeczka. Wszystko to, co nie pęta ruchów i sprawia, że mogę swobodnie koziołkować na podłodze, podskakiwać lub skręcać nogi w siadzie skrzyżnym. Jestem nauczycielką przedszkola, przemieniam życie dzieci i swoje. Staję się szczęśliwym dzieckiem wśród dzieci, które chcą stać się dorosłymi. Ani przez chwilę nie mogę się pomylić, bo ta praca wymaga ciągłej koncentracji, niespożytej energii i pozytywnych zachowań. Pokazuję więc, że można być człowiekiem wrażliwym, sprawiedliwym, dobrym, wyrozumiałym,…Mam słońce w oczach, które rozpala emocje dzieci i przyciąga swoim ciepłem nawet najsmutniejsze oczy. 

Siadamy dookoła naszej lśniącej brązem wysepki, która, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienia się w niezwykłe masażydło. Mimo „poważnego wieku” bez trudu splatam nogi w siadzie skrzyżnym rozkładając biodra i stabilizując sylwetkę w dogodnej pozycji. Robię to niemal codziennie od ponad 30 lat.

– Czy któreś z Was chciałoby zobaczyć jak działa nasze masażydło?- zapytałam

Cisza. Jakiś strach przed nieznanym? Muszę pokazać, że nie mają się czego obawiać i dlatego pierwsza kładę się na rozłożonych kasztanach i proszę, by chwyciły mnie za ręce, nogi i delikatnie przeciągały po kasztanowych kuleczkach. Trochę się boję, żeby dzieciaki w rozbawieniu nie zaczęły tarmosić na wszystkie strony moim obolałym i wcale nie tak młodym już ciałem.

-Jasiu- nie szarp mojej ręki, bo to boli- podpowiadam grymasami lub uśmiechem, jak się czuję i co mi sprawia przyjemność.

– Małgosiu wspaniale to robisz, czuję się świetnie, jestem bardzo zrelaksowana. Kto następny?

Dzieci z chęcią i bez obaw kolejno kładą się na kasztanowym dywaniku i doświadczają troskliwej pomocy swoich rówieśników. Nikt nie szarpie i nie krzyczy. Wszystkie oczy wpatrują się w leżącą na kasztanach małą postać i rozszyfrowują jego uczucia. Rozbawiona grupa w nadzwyczajny sposób przechodzi w stan spokojnego relaksu i wyciszenia.

Jest mi dobrze widząc obrazy szczęścia, zadowolenia, spokoju i relaksu dzieci. Wiem, że beze mnie byłoby trudno i nigdy nie zamieniłabym swojej pracy na inną. Uczę te wspaniałe i pełne wewnętrznego blasku istoty obserwacji drugiego człowieka, by czuły i rozumiały jego potrzeby. To jest najważniejsze i nic się tak bardzo nie liczy w moim zawodzie, jak rozbudzenie ich wrażliwości i mentalnego dotykania najczulszych stron drugiego człowieka. Nie ranić, nie robić przykrości, nie sprawiać bólu, dzielić się z innymi, przepraszać,…itd.

Jestem nauczycielką przedszkola, której życie zależy w dużej mierze od dzieci. Żyję w nierozerwalnej symbiozie, gdzie przeszłość i przyszłość tworzą teraźniejszość i w której uczucia stają się nie mniej ważne od wiedzy. Moje życie kręci się wokół dzieci i choć mam 53 lata wciąż chcę z nimi przebywać. Wiem, że ten zawód wymaga ogromnej sprawności nie tylko intelektualnej, ale i fizycznej. Dbam więc o swoje ciało i odżywiam swoją duszę. Robię to dla siebie i dla nich. Jestem im potrzebna tak samo, jak one mi. Wszak szczęśliwa nauczycielka, to szczęśliwe dzieci. A przecież chcę, żeby świat był szczęśliwy.

Autor artykułu Alicja Buczek

, ,

  1. Brak komentarzy, jeszcze.
(nie będzie widoczne)