Jak odczytać dysleksję. Spór o przyczyny i powszechność dysleksji


dysleksjaDysleksja, trudności w nauce czytania, jest najczęściej rozpoznawanym zaburzeniem uczenia się w USA. Według oszacowań National Institute of Child Health and Human Development wystepuje u 10 mln amerykańskich uczniów, czyli u jednego dziecka na pięcioro. W ciągu ostatnich 16 lat częstość rozpoznawania dysleksji wzrosła trzykrotnie. Powstał cały przemysł – o obrotach szacowanych na 15 mld dolarów – dający zatrudnienie osobom przeprowadzającym testy diagnostyczne, a także terapeutom i nauczycielom; rozwinął się również dochodowy rynek wydawnictw edukacyjnych. W ubiegłym roku opublikowano wyniki co najmniej dwóch serii znaczących badań naukowych wskazujących na biologiczne podłoże dysleksji, co wzbudziło nie notowane wcześniej zainteresowanie tym zagadnieniem.

Jednocześnie badacze toczą burzliwy spór o przyczyny, definicję, a zwłaszcza o częstość występowania dysleksji. Nikt nie wątpi, że u 1-3% osób z trudnościami w czytaniu występuje jakiś deficyt fonologiczny o podłożu mózgowym, uniemożliwiający dzielnie wyrazów pisanych i słyszanych na składowe. Rośnie jednak liczba zwolenników poglądu, że w większości przypadków prawdziwą przyczyną tego deficytu są doświadczenia życiowe, włączając w to niewłaściwe nauczanie.

„Nie ma żadnych dowodów na to, że miliony dzieci mają dysleksję – utrzymuje Gerald Coles, psycholog wychowawczy z University of Rochester. – Legitymizacja tej kategorii jest nieuzasadniona. Mogę przytoczyć wyniki 50 badań świadczących o tym, że nawet u bardzo słabo czytających osób dzięki ćwiczeniom udało się rozwinąć zdolności fonologiczne.”

Sally E. Shaywitz z Yale University kierowała głośnymi badaniami, które dla agencji rządowych stały się podstawą uznania, że 20% młodzieży cierpi na dysleksję. Shaywitz powiada, że dysleksja jest zaburzeniem organicznym, które dotyka wielu ludzi, od analfabetyków do prawników. Wszystkim im, jak twierdzi, trudno zrozumieć, „że słowo, które widzą na papierze, składa się z tej samej liczby dźwięków pozostających względem siebie w takim samym układzie jak wtedy, kiedy słowo to słyszą”. Przyjmując ten punkt widzenia, trzeba by uznać, że dysleksję mają wszystkie osoby, które źle czytają, a zarazem nie potrafią powiedzieć, jak będzie brzmiało na przykład słowo „Hiszpania” bez „pa”.

Niektórzy pedagodzy wolą definicję Shaywitz od wcześniejszej, węższej – według niej dysleksja rozpoznawana jest tylko u tych osób, u których stwierdza się rozbieżność między ilorazem inteligencji a wynikami testu czytania. Naukowcy jednak obawiają się, że definicja Shaywitz jest zbyt pojemna, aby miała sens. Jeszcze inni badacze uważają za nieuzasadnione traktowanie dysleksji wyłącznie jako deficytu fonologicznego.

„Shaywitz po prostu nie ma racji” – mówi Albert M. Galaburda z Harvard University zajmujący się układem nerwowym. – Teraz właśnie badamy kobietę, która jest geniuszem fonologicznym. Potrafi dekodować ze słuchu w szybkim tempie w siedmiu językach. Nie umie natomiast czytać. Dokonywane przez nas rozróżnienia między wzrokowymi a słuchowymi funkcjami mózgu są nazbyt arbitralne.” Galaburda ściągnął na siebie ogień krytyki za raport z badań opublikowany w sierpniu 1994 roku w Proceedings of the National Academy of Sciences wykazujący, że osoby z dysleksją mają nienormalnie małe neurony w tej części wzgórza, która przetwarza sygnały słuchowe. Przeciwnicy zarzucają Galaburdzie, że jego praca opierała się na materiale z sekcji tylko 9 mózgów; podają też w wątpliwość dowody świadczące według autora, że mózgi te należały do osób z dysleksją. Zakwalifikował on na przykład jeden z mózgów jako należący do osoby dyslektycznej, ponieważ jego posiadaczowi nie wyszedł niegdyś test ortograficzny przeprowadzony przez nauczyciela.

Galaburda nie jest odosobniony w dążeniu do znalezienia fizjologicznego podłoża dysleksji. Poszukiwano również markerów genetycznych. W ubiegłym roku badania prowadzone przez grupę naukowców z University of Colorado ujawniły związek między markerami w obrębie chromosomu szóstego a upośledzeniem zdolności czytania. „Szansa znalezienia takiego związku wynosiła 1:1000” – mówi Shelley D. Smith, genetyk z biorącego udział w tych badaniach Boys Town National Research Hospital.

Na Neilu J. Rischu, profesorze genetyki ze Stanford University, twierdzenie Smith nie zrobiło szczególnego wrażenia. „To są próby łowienia wędką – mówi. – Takich związków między czynnikami genetycznymi a zachowaniem znaleziono już chyba tuzin. Żadnego z nich nie udało się stwierdzić w późniejszych badaniach.” Rzeczywiście, w 1983 roku dużo szumu wywołał raport Smith i jej współpracowników, którzy rzekomo zlokalizowali markery dysleksji w obrębie piętnastego chromosomu – szansa wynosiła także 1:1000. Jednak korelacja statystyczna znikła, kiedy do badanej próby włączono jeszcze jednego członka rodziny.

Zagadnienie podłoża mózgowego (organicznego) dysleksji ciągle pozostaje kwestią sporną. Aby stwierdzić, w ilu przypadkach trudności z czytaniem powstają na skutek przykrych doświadczeń w dzieciństwie, nie zaś w okresie prenatalnym, Frank R. Vellutino z Uniwersytetu w Albany rozpoczął badania grupy 750 pierwszoklasistów, z których 76 osiągnęło bardzo niskie wyniki w zestawie testów językowych. Po dwóch latach indywidualnego nauczania tych dzieci Vellutino stwierdził, że tylko 12 z nich, czyli 1,6% pierwotnej próby, nadal miało problemy z czytaniem – jest to procent niższy, niż przewidują nawet najbardziej ostrożne szacunki. Pozostałe dzieci czytały na przeciętnym poziomie ich klasy lub powyżej tego poziomu.

Dzięki rygorystycznym kryteriom wyniki tych badań charakteryzują się szczególnie wysoką trafnością – twierdzi Vellutino: dzieci zakwalifikowane do pierwotnej grupy źle czytających musiały mieć wyniki na poziomie 15 percentyla lub niższe, które plasowały je w przedziale najgorszych w teście czytania. Vellutino zarzuca innym badaczom, że wyłączali osoby z najgłębszymi zaburzeniami czytania, uznając arbitralnie ich niezdolność do odniesienia korzyści z nauki. „Na świecie mnóstwo jest takich badań” – mówi wzgardliwie Vellutino.

Mnóstwo jest też różnych teorii, do których, jak twierdzi Coles, należy odnosić się z najwyższym sceptycyzmem. ”Jeśli prześledzi się historię badań nad dysleksją – powiada Coles – zawsze trafia się na ten sam schemat. Najpierw ukazują się jeden lub dwa artykuły, których autorzy twierdzą, że znaleźli nowe wyjaśnienie tego zaburzenia. Potem powtarza się takie badania i ponieważ nie potwierdzają wcześniejszych wyników, wyjściowe twierdzenie zostaje odrzucone.”

Źródło: Billy Tashman: Jak odczytać dysleksję. Spór o przyczyny i powszechność dysleksji, [w:] Świat Nauki, 10 (50), październik 1995 r., ss. 6-7

Autor artykułu Alicja Buczek

  1. Brak komentarzy, jeszcze.
(nie będzie widoczne)